Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiastki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiastki. Pokaż wszystkie posty

Opowiastki ostatnie 3. Milczenie w sieci


Internet po raz pierwszy zobaczyłam w oczach pewnego młodego księdza z mojej parafii. Ksiądz stał wtedy przy ołtarzu, sprawując najświętszy z sakramentów, a ja siedziałam w jednej z ławek na wprost prezbiterium, uważnie wpatrując się w przebieg akcji liturgicznej. Jak zawsze obejmowałam skupioną uwagą całość scenerii: ołtarz i celebransa, święte znaki, święte gesty i święte słowa. Cała byłam obecna w tym, co działo się przed moimi oczyma, ale tutaj, gdzie ja byłam, nie było stojącego przy ołtarzu księdza. Rękoma wykonywał wyuczone gesty, ustami wypowiadał wyuczone słowa, ale on sam był całkiem gdzie indziej. Jego denerwująca nieobecność, którą odbierałam jak bolesny dysonans, przyciągnęła moją uwagę do miejsca przy ołtarzu, które zionęło pustką – pustką nieobecności ubranej w postać mężczyzny w ornacie.

Szukając nieobecnego zaczęłam intensywniej wpatrywać się w oczy celebransa, aby idąc tropem jego wzroku - oderwanego od tu i teraz - dojść do miejsca, gdzie w tej chwili był, a które tak bardzo pochłaniało całą jego wewnętrzną uwagę. Gdzieś w głębi tamten człowiek z kimś żywo rozmawiał, toczył jakąś niezobowiązującą wymianę zdań, czasami śmiejąc się do własnych myśli, bez zwracania najmniejszej uwagi na zgromadzonych w kościele wiernych. Czułam, że nie może doczekać się, aż uwolniony od liturgicznego obowiązku powróci do przerwanej pogawędki. W jego wzroku w jakiś sposób dostrzegłam beznamiętny chłód monitora. Czułam, że tę wewnętrzną wymianę zdań toczy bardziej z ekranem komputera niż z żywą osobą. Tak jak wewnętrznie nie było go dla nas obecnych w kościele, tak samo wydawało się, że nie ma go też w pełni dla tamtego odległego rozmówcy. Tutaj było jego ciało, tam była jego uwaga, ale on sam nigdzie nie był w pełni. - Aaa, więc to jest ten internet! - pomyślałam.

*

Równe trzy lata temu, jak dziś na progu Adwentu, na jednym z blogów toczyła się dyskusja na temat wirtualnej zdrady małżeńskiej. Pretekstem do wymiany zdań stała się notka „Second Life łączy i rozbija” [1], w której Krzysztof Leski napisał: Agencje emocjonują się dziś pozwem rozwodowym 28-letniej kobiety z Kornwalii. Wędrując po Second Life przyłapała awatar swego męża na uprawianiu seksu z obcym awatarem żeńskim. Mąż powiada, że nie rozumie, o co chodzi, a agencje wydają się cytować go z dużym ładunkiem zrozumienia. - Czy zdrada wirtualna to nie zdrada? Absurd. W polityce i w biznesie od setek lat znana jest deklaracja intencji. Oznacza ona, że wprawdzie nic konkretnego się jeszcze nie wydarzyło, ale strony zgodnie oświadczają, że chcą zmierzać do takiego czy innego paktu czy kontraktu. - Śmiem twierdzić, że wirtualny seks jest co najmniej deklaracją intencji, cokolwiek sprzeczną z aktem małżeństwa, który łączy uprawiacza z inną osobą. Kropka.

Zabierając głos napisałam: Szóste: nie cudzołóż! "Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa." (Mt 5,27). Za awatarami kryją się konkretni ludzie, angażujący swoje myśli i emocje w grę. Mąż skierował swoją uwagę ku innej kobiecie. Działo się to w świecie fantazji, ale fantazje te (bardzo daleko posunięte) snuł rzeczywisty człowiek. W sensie moralnym - zdrada miała miejsce.

W odpowiedzi jeden z komentatorów, Eumenes, stwierdził: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę" Ale on nie patrzył na kobietę tylko na komputerowo wygenerowaną postać z gry, która z tą kobietą nie miała wiele wspólnego. Co więcej, nie znam second life, ale teoretycznie mógł to nawet być facet, który owego mężczyzny nigdy nie pociągał. Co wtedy? Gra to gra. Może być nieprzyzwoita i moralnie wątpliwa ale nadal nie różni się to specjalnie od oglądania pornografii...

Dalej rozwinęła się ciekawa dyskusja, głównie między Eumenesem i mną, w efekcie której podjęłam zobowiązanie, z którego jeszcze nie wywiązałam się: Zadał mi Pan bobu i teraz mam o czym myśleć. Wcześniej wypowiadałam się głównie na podstawie własnych doświadczeń i przemyśleń, oraz jakichś wcześniejszych lektur. Teraz swoje tezy musiałabym podbudować opiniami fachowców w dziedzinie psychologii i duchowości. Temat zainteresował mnie, więc będę robić to, co bardzo lubię - przemyśliwać go . Niestety, znając siebie wiem, że to może trochę potrwać. Jeśli więc Pan pozwoli, teraz zakończyłabym rozmowę, natomiast za jakiś czas spróbuję odpowiedzieć Panu - pewnie na swoim blogu.

*

Obecna notka jest w pewnej mierze osobistym zamknięciem tamtej niedokończonej rozmowy, co nie znaczy, że znalazłam zapowiadane opinie znawców psychologii oraz duchowości, które teraz przytoczyłabym na poparcie stawianych wtedy tez. A twierdziłam między innymi, że internetowe erotyczne zaangażowania okaleczają duchowo przede wszystkim nas samych, nawet jeśli po drugiej stronie wirtualnego romansu mielibyśmy do czynienia z postacią całkowicie fikcyjną.

Mając głębokie przekonanie o swojej racji, niezbyt jednak intensywnie szukałam dla niej przekonującego poparcia. Może dlatego, że literatura dotycząca wpływu wirtualnej rzeczywistości na duchowe życie człowieka dopiero z wolna zaczynała powstawać. Rozmyślając jednak nad tamtą dyskusją znajdowałam w sobie pewien koronny argument przeciwko angażowaniu się zamężnych kobiet i żonatych mężczyzn (ale nie tylko ich) w wirtualne przygody, a było nim oddalanie się od oglądania Boga w drugim człowieku przez rozproszenie i zaśmiecenie uwagi. Ale na dobrą sprawę, ilu ludzi nosi w sobie pragnienie, aby widzieć Boga w akcie erotycznym, aby widzieć Boga w akcie liturgicznym, aby widzieć Boga w Bogu?

Innym powodem mojego ówczesnego odejścia od drążenia tematu wirtualnej zdrady było rosnące zaangażowanie w opowiadanie w sieci swojego życia. I oto dzisiaj zamykam bardzo osobisty potrójny cykl obejmujący sto notek, w którym napisałam siebie [rzeczy pierwsze], spisałam rodzinne historie [rzeczy drugie], a teraz kończę remanenty pamięci [rzeczy trzecie]. Jak kiedyś zapowiadałam, dawne teksty, będące nie tylko świadectwami mojej osobistej historii, ale poprzez zachowane komentarze również świadkami historii tego miejsca w sieci, zamknęłam w milczących wirtualnych sarkofagach – na wieczną rzeczy pamiątkę [blog jako byt]. Wieczna rzeczy pamiątka - ale czy ktoś wie, ile będzie trwała internetowa wieczność?

*

Śmiertelna cisza panuje w potrójnym archiwum tego bloga. Ucichły echa dawnych internetowych rozmów, w ciszy zamarły dawne spory i dawne żarty. W pamięci internetu zapisane zostały niki rozmówców, również tych, których już tutaj nie ma, którzy odeszli w internetowy niebyt. W notkach jak w śmiertelnej pułapce zamknięte zostało pół wieku mojego życia. Moja przeszłość została odcięta od mojej teraźniejszości, a moja teraźniejszość została przygotowana na przyjęcie nowej przyszłości.

Księdza, w którego wzroku po raz pierwszy zobaczyłam internet, nie ma już w naszym kościele. Pozostał jednak w mojej pamięci, jako jeszcze jedno wspomnienie, które zamykam w wirtualnym milczeniu. Zanim przeniesiono go do innej parafii, jak to z wikarymi bywa, udzielił mi jeszcze pamiętnej Komunii. Tamtej niedzieli, pod koniec Mszy Świętej, jak zawsze nieobecny i niewidzący, szybko zbliżał się do miejsca na stopniu komunijnym, gdzie klęczałam posłusznie wśród innych wiernych. Komunikanty jak zawsze nie tyle podawał, co mechanicznie szuflował do otwartych ust. Coś tam pod nosem bąkał o Ciele Chrystusa, nie czekając na nasze Amen. Niektórzy wierni starali się wypowiedzieć to najkrótsze wyznanie wiary tak szybko, żeby nie zdążył przed tym wetknąć im do ust komunikantu, ale on był szybszy. Wystarczyło tylko lekko ułożyć usta do pierwszej litery słowa Amen, a komunikant już zostawał siłą wciśnięty do ust. I dalej, i następny, i szybciej, bo internet czeka.

Kiedy tamtej niedzieli podszedł do mnie z Ciałem Chrystusa, moje usta pozostały zamknięte. Uderzył w nie raz i drugi białym opłatkiem, ale moje wargi pozostawały zasznurowane. Trzymał komunikant pod moim nosem i nie wiedział, co zrobić, a jego nieprzytomne oczka, coraz bardziej okrągłe, powoli wracały do rzeczywistości, do świątyni, do świętego zgromadzenia, do tu i teraz. Patrzyliśmy sobie w oczy i widziałam, jak próbuje przypomnieć sobie, co ksiądz powinien zrobić w przypadku kontaktu z duchem nieczystym odmawiającym przyjęcia Chrystusa, ale widziałam również, że na dobrą sprawę nie wie, co się dzieje. Ujęłam więc mocno swoją dłonią przegub jego wyciągniętej ręki i daleko odsunęłam spod swojego nosa. Nie zwalniając uścisku powiedziałam dobitnie: - Może ja najpierw powiem Amen! Amen! - I przyjęłam Chrystusa.


z wieczystą wdzięcznością za owocną obecność
:)


19.11.2011


KOMENTARZE – tutaj


.

Opowiastki ostatnie 2. Rzuciło mnie palenie


Lekarka po raz kolejny powtarza pytanie, kiedy wypaliłam ostatniego papierosa, a ja nadal nie wiem, o co jej chodzi. Z uporem odpowiadam, że ja nie palę! O jakim papierosie ona mówi? Dopiero po jakimś czasie dociera do mnie, że kiedyś przecież paliłam, i że nie tak dawno wspominałam o tym swojej lekarce, ale teraz, przy okazji jej pytania, okazuje się, że wewnętrznie zupełnie nie utożsamiam się z tamtym nałogiem. Nie ma go, nie istnieje dla mnie. Mam wrażenie, jakby pytanie dotyczyło całkiem innej osoby. Jeśli jednak paliłam, ten ostatni papieros musiał kiedyś zostać wypalony, ale kiedy to było i w jakich okolicznościach, nie pamiętam. Jakieś trzydzieści lat temu przestało mi się chcieć palić, więc palić przestałam. Palenie mnie rzuciło, to wszystko. Pytanie dotyczące ostatniego papierosa padło w kontekście rozmowy o moich aktualnych zmaganiach ze skutkami trzydziestoletniego zażywania pewnego leku [Uzdrowiciel]. Czyżbym wtedy, przed laty, z nałogu tytoniowego wpadła w nałóg kolejny? No cóż, niejeden nałóg jest mi nieobcy, i każdy - jak palenie – po pewnym czasie rzuca mnie sam.

*

Papierosy zaczęłam palić i alkohol zaczęłam pić w wieku dość młodym, pewnie dlatego, że w domu nikt nie palił tytoniu i nie interesował się barkiem pełnym dobrych wódek, które ojciec otrzymywał z okazji imienin. Rodzice nie palili, ale w domu od zawsze były dwa duże nieużywane opakowania cygar oraz papierosów. Palenie rozpoczęłam od wypróbowania bardziej egzotycznego z tytoniowych wyrobów. Pod nieobecność rodziców raz czy drugi zasiadłam w otwartym oknie z tlącym się cygarem w ustach. Miałam wtedy chyba dwanaście lat, ale zainteresowanie wyrobami tytoniowymi manifestowałam od lat najmłodszych, czyniąc lufki jednymi z ulubionych zabawek mojego dzieciństwa. W tym samym wczesnym okresie życia, podczas wizyt gości, kiedy miałam za zadanie rozłożyć na stole talerze i sztućce, z własnej dziecięcej inicjatywy koło każdego nakrycia układałam po jednym wydzielonym papierosie wyjętym ze zwietrzałego zapasu.

Do tytoniowych eksperymentów dołączyło niebawem zainteresowanie szeroką gamą dostępnych wódek, których z wolna ubywającą ilość uzupełniałam w butelkach wodą lub herbatą, o czym pewnego razu przekonał się pewien gość domu, któremu ojciec zaproponował wódkę do posiłku. Fakt, że moja inicjacja alkoholowa miała charakter wódczany, nie pozostał pewnie bez wpływu na późniejsze preferencje w tym względzie. Przez wiele lat dobra wódka była moim ulubionym trunkiem. Do piwa przemogłam się na studiach, a do wina przekonałam się właściwie dopiero niedawno, kiedy w normalnej sprzedaży można kupić wina lepsze od peerelowskich sikaczy. Z kolei koniak - od dawna obecny w moim życiu dzięki niegdysiejszym peweksom - był pewnego rodzaju próbą ucywilizowania zamiłowania do mocniejszych alkoholi, tak jak usiłowanie przejścia na papierosy z filtrem było swego czasu próbą złagodzenia zamiłowania do śmierdzących sportów, które przez wiele lat uważałam za najlepsze papierosy świata [Sporty ekstremalne (2)].

Wielu palaczy twierdzi, że papieros pomaga im skoncentrować się na wykonywanym zadaniu, ale mnie papierosy rozpraszały. Wielu ludzi po wypiciu alkoholu wpada w wesołkowaty nastrój, ale ja należałam do tych mniej licznych osób, które po wódce wpadały w nastrój melancholii i przygnębienia. Do osiągnięcia pogody ducha napoje alkoholowe nie były mi potrzebne, a z czasem zaczęły wręcz kłócić się ze wzrastającym we mnie wewnętrznym pokojem. Kiedy ofiarowany został mi pokój duszy niemal absolutny, rzucił mnie również alkohol, podobnie jak kilkanaście lat wcześniej uczyniły papierosy [Alusiu, napijesz się?]. W następnej kolejności zrezygnowała ze mnie kawa, a wkrótce po niej uczyniła to herbata. Co prawda na ich miejsce weszła czekolada, ale czuję, że jej czas również dobiega kresu.

*

Niektórzy skłonni są obok alkoholu, tytoniu, kawy, herbaty, czy na przykład kakao, do używek zaliczać także telewizję. Dlaczego by nie rozciągnąć pojęcia używki również na internet? Używką w takim ujęciu byłoby więc wszystko, co nas ani nie pożywia, ani nie odżywia (fizycznie, intelektualnie, duchowo), lecz służy wyłącznie „pustemu użyciu”, czyli prostej stymulacji układu nerwowego oraz od takiej stymulacji uzależnieniu.

O pewnej wielkiej świętej mówiono, że była uzależniona od doznań mistycznych, a więc taka forma nałogu również jest możliwa i nosi fachowe miano grzechu łakomstwa duchowego. Jednak w autentycznej mistyce chrześcijańskiej, w której aktywnym podmiotem doświadczenia mistycznego jest Bóg, uzależnienie takie jest niemożliwe, co nie znaczy, że człowiek - bierny podmiot tego doświadczenia - nie może w obliczu oczyszczającego milczenia Boga zacząć szukać zbliżonych doznań w jakimś quasi-mistycyzmie, przez odpowiednie stymulowanie psychiki.

Jeśli prawdą jest, że owa święta doznawała pokusy duchowych doznań, to całość jej życia świadczyłaby o tym, że z Bożą pomocą pokusy te przezwyciężała, ograniczając się do prostego pojmowania Boga i prostego przyjmowania Boga duchem oczyszczonym i ciałem oczyszczonym. Odrzucenie używania różnego rodzaju używek ma więc sens zarówno fizyczny, jak i duchowy. Wierzący modlą się o zdrowie duszy i ciała. Rozsądna higiena w obu tych wymiarach naszego człowieczeństwa jest jak najbardziej pożądana. Boga oglądać będzie człowiek czysty.


Opowiastkę przedostatnią dedykuję
Ikonie Salonu24
:)
a na Jej ręce wszystkim Komentatorom - Przyjaciołom tego bloga,
którym nie miałam okazji zadedykować osobnych opowiastek
:)


04.11.2011


KOMENTARZE – tutaj


.

Opowiastki ostatnie 1. Notka, której nie napiszę


Pośród wielu zdarzeń z mojego życia wziętych, z których od czterech lat czerpię tematy notek, istnieje również pewna anegdotka związana z pewnym starszym panem, pochodząca z czasów, kiedy mnie samej nie można było jeszcze zaliczać do grona starszych pań. Ile miałam lat, kiedy poznałam Pana Sz.? Trzydzieści trzy? Mniej więcej tyle. Jak w wielu wcześniejszych notkach budowanych wokół pojedynczego zdarzenia, zabawnego nieporozumienia, kilku wypowiedzianych słów, również w tym wypadku chciałam tamten krótki incydent obudować szerszym kontekstem i przedstawić na szerszym tle. Chciałam więc napisać o muzyce w moim życiu, gdyż od muzyki, a konkretnie od śpiewu zaczęła się tamta znajomość.

*

Kiedy jako małe dziecko zaczynałam podśpiewywać, moja muzykalna mama uciszała mnie krzywiąc się i kategorycznie nakazując, żebym śpiewała dobrze, albo przestała śpiewać w ogóle. Kiedy jako to samo małe dziecko stawałam przed radiem i zaczynałam dyrygować orkiestrą, która właśnie w radio występowała, albo kiedy przed radiem siadałam i zaczynałam palcami obu rąk przebiegać po blacie stolika w rytmie usłyszanej muzyki fortepianowej, mój ojciec z kolei stwierdzał, że jestem geniuszem muzycznym, i że trzeba mnie w tym kierunku kształcić.

Pomyślałam więc sobie, że zanim przejdę do opowiedzenia o spotkaniu z Panem Sz., opowiem trochę o swojej edukacji muzycznej. Na przykład o tym, że nie zakwalifikowano mnie do szkoły muzycznej, w zamian kierując do klasy fortepianu w tak zwanym muzycznym ognisku. Mogłabym opisać w notce męki ćwiczenia gam, pasaży, etiud i sonatin. Rodzice zainwestowawszy w instrument, pilnowali z dyscyplinką w ręku, żeby ich córka regularnie korzystała z dobrodziejstwa posiadania własnego pianina.

Nie napiszę jednak o tym, nie wspomnę też o poniemieckim – jak to na poniemieckich ziemiach bywało – instrumencie muzycznym, który rodzice skądś tam do domu sprowadzili. Zakupione pianino było czarne i solidne, i odpowiednio wyregulowane przez fachowego stroiciela. Na wewnętrznej części klapy osłaniającej klawiaturę widniała nazwa niemieckiej wytwórni wypisana złotymi literami, której jednak nie zapamiętałam. Moją uwagę przykuwał bowiem napis inny, składający się z wielgachnych koślawych liter głęboko wyrytych ostrym nożem w czerni wieka klawiatury: Город Ъытов взят! Miasto Bytów zdobyte!

*

Nie napiszę więc jak długo trwała moja muzyczna edukacja, nie będę wspominać o swoich w niej osiągnięciach, z których największym wydawała mi się zdolność do opanowywania tremy podczas publicznych występów, przez co podczas popisów często wypadałam lepiej od wielu zdolniejszych uczniów, których paraliżował strach przed publicznością. Dość powiedzieć, że parę lat spędzonych w ognisku muzycznym zdjęło kończynę słonia z mojego ucha i chociaż na fortepianie grać nie umiem, nauczyłam się nie najgorzej śpiewać, co stało się punktem wyjścia do zawarcia znajomości z Panem Sz.

Teraz musiałabym przejść do krótkiej charakterystyki sposobów uzdrowiskowego leczenia schorzeń układu oddechowego, aby wyjaśnić w jaki sposób głośny śpiew potęguje zbawcze skutki zabiegów inhalacyjnych zażywanych w niewielkich dwuosobowych kabinach wypełnionych ozdrowieńczymi oparami. W jednej z takich kabin przyszło mi pewnego dnia zażywać inhalacji z pewnym nieznajomym starszym panem, który w tym samym czasie zgłosił się na zabieg, i któremu po zajęciu miejsc w malutkim pomieszczeniu oznajmiłam krótko: - Nie wiem jak pan, ale ja, jeśli pan pozwoli, będę śpiewać! - Pan nie wyraził żadnych zastrzeżeń, natomiast po kilku piosenkach wyznał mi miłość. Trochę przesadziłam z tą miłością, ale Pan Sz. od wielu lat - jak sądzę - już nieżyjący, nie będzie prostował tego sformułowania.

Jeśli nawet nie była to miłość, to na pewno mieliśmy do czynienia z rodzajem oczarowania spokojną siłą głosu i jego kojącą słodyczą, i samym repertuarem, w którym znalazły się tradycyjne piosenki harcerskie, ludowe przyśpiewki, pieśni religijne, kilka szlagierów w kilku językach, a wśród nich wszystkich przebój tamtych dni: „Dałeś dupy, generale, dałeś dupy, jeden rozkaz twój narodu nie utrupi; policzone dni są WRON-y, krótka jej żywota nić, miast szlagieru wyszedł z tego wielki pic.”

*

Tutaj musiałabym opisać nalegania Pana Sz., żebyśmy mogli jeszcze się spotkać. Musiałabym też wspomnieć, że kiedy spotkał się ze zdecydowaną odmową z mojej strony, wręczył mi swoją wizytówkę z zaproszeniem do odwiedzenia go w jego mieście, jeśli kiedykolwiek będę w tamtych stronach. Należałoby w notce, której nie napiszę, wspomnieć dlaczego zatrzymałam tamtą wizytówkę, ale i tak pewnie nie napisałabym tego, ponieważ na dobrą sprawę nie wiem, dlaczego jej nie wyrzuciłam.

Dalej trzeba byłoby opisać rzeczywistość peerelu oraz wszechobecny deficyt wszystkiego, żeby wyjaśnić, czemu po jakimś czasie od spotkania w sanatorium do tamtej wizytówki jednak sięgnęłam. W związku z wyjazdem, który dla środowiska inteligencji katolickiej w moim mieście organizowałam do miasta Pana Sz., zdecydowałam się zwrócić do niego z prośbą o pomoc w zarezerwowaniu niedrogich a dobrych miejsc noclegowych oraz takich samych posiłków, oraz - co najważniejsze - będących również w deficycie - biletów wstępu do nowo otwartej artystyczno-turystycznej atrakcji, która była głównym celem naszej patriotycznej pielgrzymki.

Pan Sz. spisał się na medal. Nie dość, że załatwił wszystko, o co prosiłam, to dodatkowo zaproponował swoje usługi jako kwalifikowany przewodnik po swoim pięknym mieście. Poinformował nas o tym, kiedy późnym wieczorem w zarezerwowanym hotelu osobiście powitał przybyły z drogi autokar z katolickimi pielgrzymami. Starszy dystyngowany pan zrobił bardzo dobre wrażenie na moich koleżankach i kolegach. Kiedy całą grupą zaczęliśmy żegnać się z nim przed spoczynkiem i umawiać na ranek dnia następnego, dziękując za to, co dla nas dotychczas zrobił, Pan Sz. wobec całej grupy zwrócił się do mnie: - Dobrze, dobrze, ale pani nocuje u mnie. - Nastąpiła pewna konsternacja, którą przerwał mój bliski katolicki współpracownik, szepcząc mi do ucha: - Musisz się poświęcić!

*

W tym miejscu w notce, o której napisaniu kiedyś myślałam, mogłabym rozwinąć bliską mi filozofię ofiary i poświęcenia, w duchu której posłusznie udałam się do willi mojego samotnie mieszkającego znajomego. Mogłabym ponadto w zamierzonej notce wspomnieć o różnych innych zdarzeniach ze swojego życia, wiążących się w ten czy inny sposób z muzyką [chodzi mi po głowie], a ze śpiewem w szczególności [Czy ktoś to poznaje, czy ktoś to zna?]. Mogłabym w ogóle napisać jeszcze sporo innych opowiastek z mojego życia wziętych, ale czuję, że nadszedł kres ich snucia.


Opowiastkę prawie ostatnią
dedykuję
Nieznanemu Czytelnikowi,
który nigdy nie pozostawił śladu bytności na moim blogu
:)


25.10.2011


KOMENTARZE – tutaj

APPENDIX: powyższa notka w autorskim nagraniu: [Notka, której nie napiszę.audio]


.