Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uzdrowienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uzdrowienie. Pokaż wszystkie posty

Uzdrowiciel


Pewien znajomy taksówkarz, na którego mogę zawsze liczyć, zdaje sobie sprawę, że trzeba podwozić mnie pod same drzwi budynków, do których zmierzam. Jest świadomy, że czasami trzeba wyjść z samochodu, żeby przeprowadzić mnie przez niewielki nawet plac dzielący miejsce parkowania od wejścia do budynku, a czasami trzeba mi pomóc pokonać szerokość wcale nieszerokiego chodnika, dzielącego jego samochód od bezpiecznej wnęki wejściowych drzwi. Pan W. [Taxi!] przyjął do wiadomości, że otwarte przestrzenie napawają mnie lękiem, ale wyznał, że nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. - Niech pan pomyśli, że stoi pan w otwartych drzwiach lecącego wysoko samolotu i ma pan wykonać skok w dół - bez spadochronu. Czuje to pan? - Kiedy kiwnął głową, że tak, że czuje, co wtedy można czuć, powiedziałam: - Tak jest kiedy mam przejść na drugą stronę ulicy, placu, czy większej sali. Czuję się, jakbym miała wyskoczyć z lecącego samolotu - bez spadochronu.


PANIKA

Pięć lat temu, w roku 2005, przeczuwałam, że zbliża się nieuniknione doświadczenie jakiejś choroby. Z jednego poważnego zaburzenia chorobowego zostałam nie tak dawno, w roku 1999, uzdrowiona, a oto na horyzoncie pojawiał się następny problem zdrowotny. Pogodziłam się wewnętrznie z taką perspektywą, prosząc jedynie Pana Boga, żeby to było schorzenie typu psychicznego, gdyż wydawało mi się, że do zmagania z tego rodzaju problemami zostałam przez dotychczasowe doświadczenia życiowe najlepiej przygotowana. Późną jesienią 2005 roku nic nie wskazywało, że będzie to ostry atak agorafobii. Wybrałam się wtedy na pięciogodzinny samotny spacer brzegiem morza, który był pierwszym takim wyczynem od wielu lat. Wcześniejsze stany niepokoju wydawały się mijać, psychiczne skutki niedawnego podwójnego bankructwa również, zaplanowałam więc regularną kontynuację podobnych samotnych wypraw. Samotnych, gdyż nikt z moich ówczesnych bliskich znajomych w praktyce nie palił się do takich eskapad, chociaż teoretycznie sam pomysł bardzo im się podobał. Z nowym rokiem zaczęłam czuć się jednak coraz gorzej. W pierwszej połowie 2006 roku zdiagnozowano u mnie niedoczynność tarczycy, a w jego drugiej połowie moim udziałem stał się pierwszy w życiu napad paniki na otwartej przestrzeni. Zanotowałam wtedy:

1 października 2006 - niedziela, wieczór: po raz pierwszy w życiu – przynajmniej na ile tego jestem świadoma – przeżywam prawdziwy napad lęku. Dzieje się to w drodze na mszę, trzy metry od bezpiecznej ściany kościoła. Lęk naprawdę opanowuje człowieka: rozum i wola są bezradne, zaanektowane przez coś jakby zewnętrznego – niezrozumiały lęk. Zatrważające, ale i ciekawe doświadczenie. Chcę zrozumieć istotę tego zjawiska. Wysiłek woli tu chyba nie wystarczy. A może to przejaw jej słabości? Czyżby moje różne życiowe uniki były przejawem wrodzonej lękliwości? A może to zachęta do pokory: uznać swoją słabość i w niej doskonalić swą moc?

Wydarzenie sprzed dziesięciu dni: moje podskoki przed kościołem. Diagnoza psychiatry: napad paniki. Nie miałam w sobie siły, żeby pokonać przestrzeń jakichś trzech metrów! Lęk objął nade mną władzę! Jeszcze nigdy nie doświadczyłam czegoś podobnego. Paraliż, osłupienie, podskoki, które miały mi pomóc uciec przed niebezpieczeństwem (trzy metry otwartej przestrzeni, bez żadnego oparcia!). Wyciągnięta ręka (do ludzi? do oddalonego o trzy metry muru kościoła?) i jak turkot powtarzane słowa: - Ta.., ta..., ta... ! - Początkowo myślałam, że mówiłam: - Tak, tak, tak! - Potem uświadomiłam sobie, że to musiało być: - Tam, tam, tam! - Chodziło mi o mur kościoła, który jawił mi się jak tonącemu brzeg, szalupa, koło ratunkowe. Bo ja czułam się jak topielec – tonęłam w przestrzeni. [Dziewięć dni tygodnia]


ENDOKRYNOLOGIA

Lęk we mnie jest o wiele starszy niż opisany niedzielny wieczór, kiedy po raz pierwszy niepokój wymknął się spod kontroli układu nerwowego, co mogło mieć związek z wcześniej zdiagnozowaną chorobą tarczycy oraz rozpoczętą terapią hormonalną. Wydaje się, że pod wpływem przyjmowanego hormonu tarczycy system nerwowy został pobudzony na tyle, że w sytuacji lękowej straciłam nad nim panowanie. Nastąpiło przejście od wcześniej znanego zwykłego lęku do stadium lęku panicznego.

Lęk przestrzeni istniał bowiem we mnie już dawniej, nawykowo tłumiony od końca lat 1970-tych tabletkami zażywanego w małych dawkach relanium. Z czasem - niezawodne jak sądziłam - działanie relanium stopniowo słabło, a wraz z rozpoczęciem w roku 2006 kuracji tarczycowej lewotyroksyna zaczęła na tyle energicznie pobudzać mój dziurawy układ nerwowy, że w sytuacji lękowej nie byłam w stanie utrzymać go na wodzy. Po ataku paniki zdecydowałam się wyrzucić cały zapas relanium - które już wcześniej przestało działać tak skutecznie jak na początku mojego z nim związania się - i spróbować na sucho czekać na koniec swojej nowej udręki.

Starałam się jednak dociec, skąd bierze się we mnie ten lęk przestrzeni. Szczegółowe badania neurologiczne wykluczyły istnienie zmian w mózgu, które mogłyby wywoływać zarówno stany lękowe, jak również zaburzenia mowy i pamięci, które pojawiły się w tym samym czasie. Te ostatnie złożyłam na karb choroby gruczołu tarczycy, ale geneza lęku przestrzeni wydawała się leżeć głębiej.


SAMOŚWIADOMOŚĆ

Przez ostatnie cztery lata, od czasu napadu paniki w październiku 2006 roku, nie łagodziłam nerwów żadnymi poważnymi środkami uspokajającymi, starając się przeżyć swoją agorafobię na żywo, świadomie pozwalając jej powoli wypalać się we mnie, tracić dotychczasowy zakres oraz intensywność. Coraz bardziej źródło lęku przestrzeni odczuwam w sobie, w rozregulowanym systemie nerwowym, a nie w zatrważającej przestrzeni na zewnątrz mnie. Nie wiem dlaczego mój wzrok ma taką jej percepcję, nie wiem dlaczego mój mózg boi się tego, co widzi moje oko. Wiem jednak, że klucz do zdrowia leży nie w oku, czy w mózgu, lecz w mojej nad nimi władzy. W tym - w racjonalnym osłabianiu czynników, które system nerwowy w sposób niezdrowy stymulują, czyniąc moją nad nim władzę trudniejszą. Nie wiem, ile moje zmaganie z tą chorobą będzie trwało, ale nie mam innego wyjścia. Przyjęłam świadomie jej nadejście i świadomie staram się znaleźć rozsądne z niej wyjście.


ZDOBYWAĆ GÓRY

Lekarze leczą, ale uzdrawia - Bóg. Doświadczyłam tego w sposób tak oczywisty przy innej okazji, że nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Cuda uzdrowienia nie są jednak automatyczne, bowiem częścią ludzkiej kondycji po grzechu pierworodnym jest raczej choroba niż zdrowie. Doświadczyłam niespodziewanej łaski uzdrowienia z zaburzenia o wiele poważniejszego, nie mam więc podstawy do wątpienia, że z obecnego zaburzenia Bóg może mnie również wyprowadzić, jeśli będzie tego chciał. Proszę o to, ale nie ponaglam. Przeżyłam prawie czterdzieści lat z psychicznym zaburzeniem o wiele poważniejszym, dam więc pewnie radę przeżyć kolejne tyle z chorobą o wiele mniej psychicznie bolesną.

Nie wykluczam zresztą, że oba zaburzenia były/są w ten czy inny sposób powiązane. Jakiego typu było/jest to powiązanie, nie chcę dochodzić, tak jak nigdy nie doszłam genezy mojego cierniowego cierpienia, z którego zostałam skutecznie uzdrowiona. W tej chwili ważniejsze od funkcjonowania mojej psychiki jest funkcjonowanie mojego labilnego systemu nerwowego, którego należałoby wreszcie nauczyć solidnej stabilności. Jak? Jeszcze do końca nie wiem, ale wydaje mi się, że przede wszystkim przez to, co nazywamy zdrowym stylem życia. Do środków psychotropowych - a takim było relanium - nie chcę już wracać, nawet gdyby moje problemy lękowe spowodowane były czynnikami wrodzonymi, i gdyby miały trwać do samej śmierci.

Jak dobrze nam zdobywać góry - jest jedną z piosenek, których nauczyłam się w domu. W jej słowach obecny jest duch mojej Mamy - przedwojennej harcerki i dzielnego człowieka. Nie mam tak silnej woli jak Mama, ale coś z Jej ducha przeszło na mnie. Nie boję się walki - każda trudność, choroba, klęska, to duchowa góra, którą trzeba zdobyć. Dlaczego? Bo jest! - jak mówią taternicy, alpiniści i himalaiści w odpowiedzi na powtarzane pytania o sens ich pasji.


NERWICOGENNE ŻYCIE

Ostatnio przeprowadziłam prywatne śledztwo w sprawie swojej agorafobii, starając się dociec, kiedy właściwie zaczął się ten problem. Pewien rodzaj lękliwości był we mnie obecny zawsze. Wydaje mi się, że mój ojciec był typem nerwicowca, a ja niestabilny system nerwowy mogłam odziedziczyć w genach. Poza tym: nasza rodzina - trójka bardzo różnych osobowości - przez lata pozostawała w stanie permanentnej wojny domowej. Atmosfera skłóconego domu nie mogła nie zostawić śladów w systemie nerwowym dziecka dorastającego w takim środowisku. Dalej: cierń, którym naznaczone zostało moje życie, i z którym przeżyłam wiele lat, to też doskonałe źródło nerwicy. [historie rodzinne]

Życie pełne różnorodnych stresów nie mogło nie mieć wpływu na mój system nerwowy. Byłam nastolatką, kiedy lekarz po raz pierwszy przepisał mi środek uspokajający. Jeszcze wcześniej, jako dziecku - podczas przechodzenia żółtaczki zakaźnej - podawano mi luminal. W okresie konfliktów domowych, w ostatnich klasach ogólniaka ratowałam się elenium. Skąd miałam elenium, sama nie wiem. Może po prostu zawsze było w naszym znerwicowanym domu? W czasie studiów, po śmierci Taty, dopadł mnie czarny mrok duszy, który rzutował również na stan nerwów. Ponieważ nieco wcześniej już próbowano psychiatrycznie pomagać mi silnymi środkami psychotropowymi, które zdecydowanie odrzuciłam, w kolejnym trudnym okresie życia po śmierci Ojca sięgnęłam dla odmiany po pomoc neurologa i udało mi się wreszcie znaleźć lekarza, który zrozumiał moją sytuację i zastosował wtedy bardzo łagodną i skuteczną terapię wzmacniającą system nerwowy. W mojej bowiem ocenie nie tyle psychika, co nerwy wymagały wtedy farmakologicznego wsparcia.

Był to okres pierwszego nawrócenia, umiejscowiony czasowo w połowie lat 1970-tych, kiedy moje życie zaczęło powoli ulegać uporządkowaniu [Świadectwo]. Wcześniejsze trudne życiowe doświadczenia odbiły jednak swój ślad w moim systemie nerwowym, który zawsze w jakiś sposób pozostawał rozregulowany. W młodości jednak środkami uspokajającymi ratowałam się bardzo doraźnie. W takim razie jak to się stało, że pod koniec lat 1970-tych weszłam w kanał uzależnienia od relanium? Dopiero po ponad trzydziestu latach jego stosowania dowiedziałam się, że po dłuższym niż dwa tygodnie okresie zażywania może pojawić się tak zwane działanie paradoksalne tego leku, polegające na tym, że zamiast redukować lęk, zaczyna lęk wywoływać.

Po niedawnym odstawieniu relanium niejednokrotnie czuję w sobie stany, na które przez lat trzydzieści relanium wydawało się być jedynym remedium. Przy lekkim zaburzeniu nastroju, pojawieniu się niepokoju, wewnętrznym drżeniu, nauczyłam się chwytać za pudełeczko z tabletkami, które zawsze musiałam mieć przy sobie. Bez niego mój świat zawaliłby się. Obecnie nie mam w domu ani jednej tabletki - na dobre nie mam żadnego poważnego środka uspokajającego - i pozwalam, żeby mój świat walił mi się na głowę kilka razy w ciągu dnia. To, co dzieje się wtedy we mnie staram się opanować innymi sposobami. Przede wszystkim - przetrwać. Niestety, moja wewnętrzna siła jest zbyt słaba, aby dokonać tego wtedy, kiedy jestem sama - twarzą w twarz - z otwartą przestrzenią. Muszę w takich sytuacjach czuć przy sobie obecność drugiego - życzliwego - człowieka. Czasami po to, żeby mocno uchwycić się jej lub jego ramienia, a czasami jedynie po to, żeby mieć świadomość współobecności tej osoby. Osoby, które od czterech lat towarzyszą mi w zmaganiach z przestrzenią twierdzą, że mój stan jest o wiele, wiele lepszy niż na początku. Ja sama czuję, że intensywność lęku we mnie maleje, że zmniejsza się również zakres okoliczności lęk wywołujących.


ROGI BYKA

Dlaczego jednak w ogóle zaczęłam kiedyś nawykowo zażywać relanium? Przede wszystkim dlatego, że już po zakończeniu studiów i powrocie do rodzinnego miasta miejscowi lekarze zaczęli mi je zapisywać, najpierw z własnej inicjatywy, potem na moją prośbę. Nerwica uogólniona i labilność układu nerwowego - to była diagnoza lekarza rejonowego, do którego trafiłam, gdy wróciłam do mojego miasta, z którym związane było tyle wcześniejszych bolesnych doświadczeń, że być może i ono wywoływało we mnie nerwicę o charakterze sytuacyjnym - dla odmiany. Moje życie po pierwszym nawróceniu tutaj właśnie - na jego tle – porządkowało się, ale mimo wszystko działo się to w scenerii kojarzącej się z dawnym bólem. Być może jednak inaczej nie można? Być może wszelkie próby ucieczki od własnej historii zawsze byłyby złudne? Być może nie ma innego wyjścia, jak wzięcie byka za rogi?

Kiedy po raz pierwszy poczułam lęk przed przestrzenią? W dzieciństwie w niezrozumiały dla mnie sposób bałam się: skakania przez skakankę, gry w klasy, robienia fikołków, skoków przez kozła czy skrzynię, ćwiczeń na równoważni. Przy tych ostatnich wystarczyło jednak, że nauczycielka podała mi dłoń, której ledwo i lekko dotykałam jednym palcem, a lęk ustępował. Był to więc lęk przed oderwaniem się od ziemi, zbliżony do lęku wysokości, który również znałam. Obecnie podobnie czuję się na otwartych przestrzeniach, tak jakby zorientowany kiedyś pionowo, teraz lęk zmienił orientację na poziomą. Ale: jak poprzednio, wystarczy bliskość asekurującej mnie osoby, czasami dotknięcie jej rękawa, wspólne niesienie torby z zakupami, a moją psychikę ogarnia pokój. Czasami uspakaja mnie nawet ciężar, który niosę w rękach, tak jakby siła jego grawitacji mocniej wiązała mnie z ziemią, sprawiała, że nie mam wrażenia, że zaraz ulecę w przestrzeń. Lęk przed skakanką, przed przewrotami, przed przeskokami przez przeszkody – to wszystko również wiązało się z oderwaniem od ziemi.

Wiem, że nie dojdę genezy obecnego lęku, tak jak nie doszłam genezy cierniowego cierpienia w moim życiu. Tak, jak kiedyś nauczyłam się żyć z cierniem, tak teraz muszę nauczyć się żyć z agorafobią, redukując ją w miarę możliwości, starając się wyciągnąć z niej duchową naukę i czekając na mojego Wybawiciela, który kiedyś być może i ten krzyż zechce zdjąć z moich barków.


UZDRAWIACZ

To był któryś z pierwszych czerwcowych dni podczas pierwszej pielgrzymki do rodzinnego kraju nowo wybranego polskiego papieża [W cieniu]. Pamiętny rok 1979. Szłam zalanymi słońcem ulicami opustoszałego miasta, z otwartych okien dobiegały odgłosy telewizyjnej transmisji któregoś ze spotkań z Ojcem Świętym, kiedy po raz pierwszy tak wyraźnie ogarnął mnie lęk w sposób oczywisty związany właśnie z otwartą rozległą przestrzenią. Pamiętam tamten upał, tamtą pustkę, tamten niepokój. W zasięgu wzroku nie było żadnego człowieka, wszyscy tkwili przed telewizorami, tylko ja przez duży plac na starówce szłam w kierunku szkoły, w której wtedy pracowałam, chyba na jakieś płatne dodatkowe zajęcia. Szłam z trudem, siłą woli pokonując przestrach przed otaczającą mnie kamienną pustką.

Dlaczego stało się to właśnie wtedy? Co takiego wydarzyło się w moim życiu w roku 1979, co mogło wywołać we mnie taki niepokój? Dwa lata wcześniej skończyłam studia, miałam bardzo dobrą pracę, za rok miałam otrzymać własne mieszkanie, rok wcześniej poznałam kobietę, której za miesiąc powiem o sobie wszystko [O kobiecie, która wiedziała o mnie wszystko]. Mniej więcej w tym samym czasie byłam po raz pierwszy u znanego uzdrowiciela, Clive Harrisa, który od niedawna zaczął przyjmować w kościołach w wybranych dużych miastach w naszym kraju. Udało mi się zdobyć wtedy wejściówkę na spotkanie z Harrisem w mieście, w którym niedawno studiowałam, a pamięć błogostanu, który odczułam po nałożeniu przez niego rąk na moją obolałą głowę, ciągle trwała we mnie.

Zaraz, zaraz, skoro Harris wcześniej uzdrowił mój obolały system nerwowy, to skąd później wziął się ten lęk w czasie papieskiej pielgrzymki? A był to dopiero początek. Niedługo potem na otwartych przestrzeniach zaczęły nawiedzać mnie krótkotrwałe stupory. Zaraz, zaraz, kiedy po raz pierwszy wpadłam w takie odrętwienie? Czy nie było to jeszcze przed czerwcowym przyjazdem polskiego papieża, wiosną tego samego roku, kiedy na kwietniowe wielkanocne święta przyjechała do mnie nowo poznana przyjaciółka? Pojechałyśmy pociągiem nad morze, a ja na stacji docelowej nie byłam w stanie wyjść z wagonu. Przesiedziałyśmy w przedziale do odjazdu pociągu w kierunku powrotnym, a potem przeleżałam w domu kilka dni, złożona niemocą i niepokojem. Czy nie wtedy przykleiłam się do redukującego lęk relanium?

Kiedy to było, przed czy po uzdrawiającym dotknięciu Harrisa, który w latach późniejszych przyjmował również w podominikańskim kościele w moim mieście? Dzwonię do znajomej, z którą później, w latach 1980-tych, pracowałam przy obsłudze wizyt Harrisa w naszym mieście, przy każdej okazji poddając swoją głowę pod jego uzdrawiający dotyk. Znajoma pomaga mi teraz odtworzyć daty jego bytności tutaj: marzec 1981, marzec 1983, marzec 1985. Przypominam sobie, że faktycznie przyjeżdżał do naszego kraju w bardzo regularnych odstępach czasu, a więc wstecznie byłby to - marzec 1979, kiedy w mieście moich niedawno skończonych studiów po raz pierwszy położył na mojej głowie swoje dłonie! Marzec - a więc było to na miesiąc przed wielkanocnymi świętami w tym samym 1979 roku i wspomnianym wyjazdem z przyjaciółką nad morze pociągiem, z którego bałam się wysiąść. Bingo! To od harrisowego dotyku wszystko się zaczęło. Wcześniejsza stosunkowo łagodna nerwica uogólniona zaczęła od roku 1979 rozwijać się w coraz bardziej wyraźną i wyrazistą nerwicę lękową o charakterze agorafobicznym. Ładny mi uzdrowiciel!


UZDROWICIEL

Parę dni temu spotkałam dawno niewidzianego proboszcza z parafii podominikańskiej, który właśnie gościnnie spowiadał podczas adwentowych rekolekcji w mojej rodzimej parafii. Po raz pierwszy w jego wzroku - w miejsce niespokojnego wybiegania ku przyszłości - zobaczyłam spokojne spojrzenie wstecz. Czułam, że widzi we mnie pamiątkę dawnych czasów, a dzień kolejnej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego sprzyjał wspomnieniom. Podominikańską parafię często nazywałam parafią mojego nawrócenia. Była ona również miejscem mojej religijnej i obywatelskiej aktywności w latach osiemdziesiątych. Ksiądz prałat nawiązał teraz do tamtych solidarnościowych czasów. Kiedy wspomniał, że dawno mnie u siebie nie widział, powiedziałam o swoim lęku przestrzeni. Jak zawsze gotowy do działania, na środku kościoła chwycił mnie za rękę: - Módlmy się! Zdrowaś Mario, łaski pełna... - Weszłam wewnętrznie w jego modlitwę: - Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi... - Potem pobłogosławił mnie, położył rękę na moim czole, czyniąc na nim znak krzyża: - W intencji uzdrowienia.

Kiedy prawie dwanaście lat wcześniej, na początku 1999 roku, w innej parafii mojego miasta przygotowywałam się do zakończenia 20-tygodniowych rekolekcji, miałam wypisać na kartce konkretne schorzenia, o uzdrowienie z których chciałam prosić Boga. Wypisałam chyba z kilkanaście pomniejszych fizycznych dolegliwości, pomijając moje cierniowe cierpienie, gdyż nie wyobrażałam sobie życia bez tego najlepszego jaki znałam łącznika z Bogiem. Podczas spowiedzi z życia, która miała poprzedzić nabożeństwo w intencji uzdrowienia, zdecydowałam się na jeden tylko wątek spowiedzi - związany z moim cierniem. Kapłan na zakończenie spowiedzi - z własnej inicjatywy - położył dłonie na mojej głowie i modlił się przez chwilę w intencji uzdrowienia cierniowej części mojego życia. Kilkanaście dni później uzdrowienia doświadczyłam  [Trzy pieczęcie].

Jakiś czas temu, kiedy odkryłam zbieżność czasową między pojawieniem się we mnie przybierającego na sile lęku przestrzeni a pierwszą wizytą u Clive Harrisa, pomyślałam o uzdrawiającej mocy egzorcyzmu, ale nie zdecydowałam się jeszcze na wizytę u egzorcysty. Być może zwykła modlitwa zwykłego księdza, spotkanego w przelocie, wystarczy. Jeśli nie, zawsze będę mogła do sprawy egzorcyzmu powrócić.


Temu zaś, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków! Amen. (Ef 3, 20-21)


17.12.2010


KOMENTARZE - tutaj


dawny dobry szaro-niebieski salon 24.pl:




.









.

Trzy pieczęcie. Świadectwo


W dwóch cyklach historii z samego życia - w formie autobiograficznych opowiastek - starałam się pokazać problem, z którym zmagałam się przez prawie pół stulecia, w tym w sposób świadomy przez lat trzydzieści pięć. [Wysłuchane modlitwy] powstawały w roku 2009 w bólu otwierania starych ran, natomiast pisząc w 2010 roku [Kobiety mojego życia] miałam już spory dystans do opisywanego problemu. W roku 1964, mając dwanaście lat, po raz pierwszy weszłam psychicznie w rolę mężczyzny. Od tamtego czasu psychicznie identyfikowałam się z płcią odmienną od mojej płci biologicznej. Po trzydziestu pięciu latach cierpienie to zostało ze mnie zdjęte, a ja – niespodziewanie dla siebie samej – uzdrowiona. Miało to miejsce podczas Wylania Ducha Świętego w lutym 1999. W poniższym tekście, który jak sądzę, zamknie obecny cykl dotyczący tamtego bolesnego doświadczenia, chciałabym rzecz podsumować oraz odnieść się do niektórych pytań i wątpliwości, które padły w dyskusji pod wymienionymi notkami.


Pieczęć psychiczna

Zaburzenie identyfikacji seksualnej, które stało się moim udziałem, zakwalifikowałam na podstawie lektur jako – transseksualizm. Kiedy dokonywałam tej kwalifikacji, miałam dwadzieścia jeden lat. Nie konsultowałam swojej diagnozy z żadnym psychiatrą czy psychologiem. W latach późniejszych, po pierwszym nawróceniu, w taki sposób przedstawiłam swój problem kilku doświadczonym spowiednikom, którzy nie wnieśli zasadniczych zastrzeżeń do mojej diagnozy.

Z pomocy psychiatrycznej w zakresie omawianego problemu dane mi było skorzystać tylko raz - w czasach studenckich. Wtedy nie potrafiłam jeszcze nazwać problemu. Z wcześniejszych lektur na tematy seksuologiczne wyczuwałam, że nie jest to ani homoseksualizm, ani biseksualizm. W wieku lat siedemnastu w rozmowie z Matką określiłam swój stan jako „niewłaściwość płci”. Mama potraktowała moje wyznanie jako wymysł dorastającej dziewczyny. Cztery lata później przypadkowo trafiłam do psychiatry, skierowana przez lekarza akademickiego, do którego zgłosiłam się mówiąc jedynie, że mam problem z nerwami. Psychiatrze powiedziałam o źródle rozstroju nerwowego - pewna konkretna kobieta działała na mnie jak na mężczyznę i nie mogłam sobie z tym nerwowo poradzić. Psychiatra jedynie spytał, czy się masturbuję. Kiedy przez moment zastanowiłam się, czy odprężenie seksualne, które samoistnie, bez żadnych myśli czy działań o charakterze erotycznym, zachodzi w moim ciele, można uznać za masturbację, psychiatra nie czekając na odpowiedź wpisał do wywiadu: - Masturbuje się. Homoseksualizm. - I wypisał receptę na silny środek psychotropowy. Po kilku dniach stosowania odstawiłam lek i nie wróciłam do leczenia psychiatrycznego.

Opisana wizyta miała miejsce w roku 1973 w klinice psychiatrycznej w dużym ośrodku naukowym. Tamten czas, to epoka peerelu i braki wszystkiego, w tym papieru na publikacje książkowe, co oznaczało ograniczenie dostępu do źródeł wiedzy. Lat mojej młodości nie można porównywać do obecnej epoki rewolucji informacyjnej, gdy właśnie dwoma kliknięciami wyszukałam tytuł pracy, która w tamtym samym roku – niedługo po opisanej wizycie u psychiatry – przypadkowo wpadła mi w ręce. „Płeć człowieka”, książeczka autorstwa profesora Krzysztofa Boczkowskiego, wydana byle jak na byle jakim papierze, siermiężna jak peerel, w której omówione zostało zjawisko transseksualizmu, była dla mnie wyzwalającym odkryciem. Bingo! Jestem w domu! To jest to! Idąc tym tropem dowiaduję się o operacjach (tak zwanej) zmiany płci, ale takie rozwiązanie problemu nie przemawia do mnie. Rok później dane jest mi pierwsze nawrócenie [Świadectwo], po którym moja uwaga skierowana zostaje bardziej na kwestię zbawienia w wymiarze wiecznym niż zaspokojenia - bardzo ludzkich - pragnień w wymiarze doczesnym. Zaczynam stawiać na człowieczeństwo w sobie – na wymiar ponad seksualny. W tej sytuacji nie potrzebuję i nie poszukuję konsultacji psychologicznych czy psychiatrycznych. W latach osiemdziesiątych dodatkowym argumentem za unikaniem zwierzeń w takich gabinetach jest wszechobecna inwigilacja służby bezpieczeństwa.


Pieczęć duchowa

Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku, to w moim życiu coraz bardziej świadomy powrót do Kościoła, w którym kiedyś zostałam ochrzczona, to intensywny rozwój duchowy i religijny. Piszę o tych sprawach we wcześniejszych edycjach tego bloga i nie widzę sensu wracania do nich w tym wyjaśnieniu.

Pewnie nigdy nie dojdę źródeł swojego problemu psychicznego. Z czasem, kiedy nauczyłam się z nim żyć i funkcjonować jako człowiek, przyczyny zaburzenia sfery seksualnej stają się coraz mniej istotne. Swoje zaburzenie zaczynam postrzegać jako wyzwanie - łaskę - którą mogę i chcę wykorzystać do pracy nad sobą. Przyjmuję za własną prawdę zawartą w słowach Jezusa na temat niezdolności do małżeństwa: Bo są niezdatni do małżeństwa, którzy z łona matki takimi się urodzili; i są niezdatni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili; a są i tacy bezżenni, którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni. Kto może pojąć, niech pojmuje!» (Mt 19,10-12) W moim życiu zdają się spełniać wszystkie trzy przyczyny mojej samotności. Ostatnia z nich przyjęta została w sposób dobrowolny już po uzdrowieniu. Kto może pojąć, niech pojmuje!

Ważny dla mnie okres piętnastu lat pracy pedagogicznej z młodzieżą (1977-1992), który nastąpił zaraz po studiach, to już okres budowania własnego człowieczeństwa i świadomego dawania świadectwa człowieczeństwa wobec młodzieży. Pozytywne relacje wielu dawnych uczniów, które dotarły do mnie po latach, stanowią potwierdzenie słuszności wybranej drogi wychowawczej. Nie sądzę, żeby moje wewnętrzne problemy w negatywny sposób rzutowały na psychiczny czy moralny rozwój moich uczniów. Mam również nadzieję, że moi dawni uczniowie, z których ostatni rocznik maturzystów ma obecnie 37 lat, zdadzą kolejny egzamin dojrzałości i jeśli zajdzie taka potrzeba zrozumieją obecne świadectwo jednej ze swych dawnych nauczycielek.


Pieczęć eklezjalna

Uzdrowienie, którego doświadczyłam, miało miejsce we wspólnocie Kościoła Rzymsko-Katolickiego, w kontekście Wylania Ducha Świętego przy końcu 20-tygodniowego Seminarium Odnowy w Duchu Świętym w lutym 1999, które odbyłam w charakterze rekolekcji podjętych po śmierci mojej Mamy. Pierwszym motywem podjęcia tych ćwiczeń duchowych była chęć ponownego uporządkowania życia – odrodzenia w sobie życia chrześcijańskiego. Udział w Seminarium Odnowy ofiarowałam w intencji zmarłej Mamy.

Trzy dni przed oficjalnym zakończeniem wspomnianych praktyk rekolekcyjnych Pan Bóg dał mi łaskę ponownego nawrócenia, i niespodziewanie dla mnie samej ofiarował mi również uzdrowienie ze stanu, który postrzegałam i postrzegam jako transseksualizm. Podobnie jak nie posiadam pieczęci żadnej poradni psychiatrycznej stwierdzającej oficjalnie, że moje zaburzenie identyfikacji seksualnej zostało zakwalifikowane jako transseksualizm, tak samo nie posiadam pieczęci żadnej wspólnoty kościelnej stwierdzającej oficjalnie, że moje słowa o uzdrowieniu są prawdą.

Nauczyłam się w swoim życiu radzić sobie zasadniczo sama - zarówno w sprawach psychicznych, jak i duchowych. Uznałam, że lepsze to od wpadnięcia w ręce nieudolnych specjalistów od jednych i drugich. Dziesięć lat temu wydawało mi się, że dany będzie mi konkretny adres w Kościele – poza moją rodzimą parafią – gdzie świadectwo mojego życia zostanie zapisane i przypieczętowane. Ponieważ w sposób bardzo bolesny stało się inaczej, w tym blogu dostrzegłam szansę opisania - jednego życia (a life). Każda notka, każdy tekst, każda opowiastka, jest jak list wkładany do butelki i rzucany w bezmiar oceanu. To są moje listy o Kościele i do Kościoła. Reszta – i wszystko – w rękach Pana Boga.



12.11.2010


KOMENTARZE - tutaj

CYKL I - Wysłuchane modlitwy (1-4)
CYKL II - Kobiety mojego życia (1-3)
 
 
.

Kobiety mojego życia 2/3 Kobieta z odzysku


Kiedy twoja psychika była mężczyzną, nieraz przychodziło ci na myśl, że gdyby nie więzienie kobiecego ciała, byłbyś niezłym sukinsynem. Teraz, kiedy twoja psychika i twoje ciało są jednością, a ty w pełni czujesz się kobietą, myślisz sobie, że gdyby nie tamten krzyż transseksualizmu, to ze swoim temperamentem rozmieniłabyś życie na drobne, spędzając je na romansach i przygodach. A tak – uparcie rozwiązując krzyżową zagadkę swojego życia – zostałaś myślicielem zapatrzonym w wieczność.

*

Adam, pierwszy mężczyzna, z którym rozmawiasz po uzdrowieniu [Trzy pieczęcie], przypatruje ci się z niedowierzaniem. Widzi w twojej twarzy coś, czego kilka dni temu tam jeszcze nie było. Zafascynowany tym widokiem odwraca co chwilę wzrok, zamyka mocno oczy, ponownie patrzy na ciebie, sprawdzając, czy znowu ujrzy to samo. Śmiejesz się do niego całą sobą, z głębi swojej istoty, jak nigdy dotąd nie śmiałaś się do mężczyzny. Tradycyjnie jednak niczego nie mówisz, niczego nie wyjaśniasz - bo jak tu opisać cud.

Źródło światła, które z ciebie bije, jest poza tobą. To samo źródło oświecało twój umysł już dawniej, na progu poprzedniego nawrócenia [Świadectwo]. Teraz jednak ogarnia również twoje ciało, ciebie całą - scaloną i odmienioną. Po raz pierwszy patrzysz na mężczyznę jak i jako kobieta. Jego fascynuje twoja jasność - ciebie fascynuje twoje nowe doświadczenie.

Rozbawiona stawiasz szybko następny krok i zaczynasz patrzeć na niego jak i jako na mężczyznę: - Jak by to było, gdyby... - wyobraźnią docierasz do jego nagości. W jednej chwili odebrane zostaje ci poczucie scalenia. Śmiech w środku ciebie zamiera, wraca dawny ból rozdarcia. W myślach słyszysz skierowane do siebie szybkie pytanie: - Chcesz, żeby znowu tak było? - Nie! - krzyczysz bezgłośnie. - Nie? No to uważaj! - pada ostrzeżenie.

Poczucie scalenia natychmiast wraca, a ty posłusznie uspokajasz wyobraźnię, skracasz wzrok, spuszczasz oczy. Czy Bóg może być zazdrosny o mężczyznę? - szukasz sensu niespodziewanej interwencji. Czy po to zaledwie parę dni temu - podczas Wylania Ducha Świętego - dał ci nieoczekiwane uzdrowienie, żeby teraz cię szantażować? Przecież mężczyzną i kobietą stworzył człowieka. Wmyślasz się w usłyszane ostrzeżenie i nareszcie - rozumiesz! Adam nie jest twoim mężem, co więcej - on jest człowiekiem żonatym. Sięgnęłaś po zakazany owoc, powtórzyłaś grzech Ewy.

*

Przez pół wieku szukałaś sensu. Teraz jesteś gotowa szukać tego, co przez tamte wszystkie lata pozostawało poza twoim zasięgiem – jesteś gotowa na poszukiwanie sensownego seksu. Czujesz, że Bóg nie odmawia ci mężczyzny, że gdzieś tam w swoim boskim rękawie może mieć asa, którego w każdej chwili może wyciągnąć – dla ciebie. U Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

Pragniesz mężczyzny w całkowitym - psychicznym i fizycznym - doświadczeniu tego, co między kobietą a mężczyzną się dzieje. W pełni widzisz, jak ważny dla ciebie jest seks. Jednak pół wieku życia w bolesnej samotności uczyniło z ciebie myśliciela, więc teraz również rozważasz to swoje nowe doświadczenie i to swoje nowe pragnienie, i zadajesz sobie pytanie - czy teraz seks będzie miał sens?

Pierwsza myśl: Twój kręgosłup tego nie wytrzyma. Myśl druga: Dziwna jest kobieta z odzysku, którą wniosłabyś w posagu mężczyźnie. Trzecia myśl: Twoja płodność przeminęła bezpłodnie i bezpowrotnie. Z góry więc wiadomo, że będzie to seks w pewnym sensie jałowy. Jeśli nie będzie związany z życiem, czy nie grozi mu zbytnie związanie z wyżyciem? Myśl czwarta: W doświadczeniu, którego owocem jest twoje uzdrowienie, Stwórca rozkochał już ciebie - w Sobie. Był najpierw, przed jakimkolwiek mężczyzną. Czy nie ma więc prawa do pierwszeństwa względem ciebie? I dlaczego pragniesz mniej, skoro dano ci więcej? Dlaczego szukasz namiastki, gdy doświadczyłaś pełni?

*

Na miłość fizyczną jest już za późno. Prosisz więc Boga, żeby nie wyciągał z rękawa żadnych asów, żeby nie wprowadzał w twoje życie nowego zamieszania. Ukształtowało cię pół wieku życia z poczuciem bycia mężczyzną. Psychika mężczyzny wyrzeźbiła twoją twarz, nadała charakter twojej postaci. Oddzielona od kobiet murem inności, nie nauczyłaś się dzielić z nimi ich świata. Jako kobieta nie masz właściwie żadnej przeszłości. W tym swoim nowym wydaniu jesteś jak człowiek, który obudził się z letargu trwającego pół stulecia.

W świat kobiet w cudzie uzdrowienia zostałaś jednak wpisana przez - dar macierzyństwa. Fizycznie jesteś już ziemią jałową, ale duchowo możesz kwitnąć. Stwórca udzielając nam ze swojej boskości może dokonać tego przez filtr człowieczeństwa ludzi, którzy znaleźli uznanie w niebie. Tak jak w wymiarze biologicznym dziedziczymy genetycznie po naszych rodzicach, jak w wymiarze społecznym przesiąkamy naszym otoczeniem, tak samo w porządku duchowym możemy otrzymywać od tych, którzy poprzedzili nas w drodze do wieczności. Nasza dusza może zostać zabarwiona kropelką duchowego kolorytu ludzi świętych. Do ciebie boskie uzdrowienie przyszło z naznaczeniem twej duszy kolorem maryjnego macierzyństwa. Maryja - to twoja nowa rola.

W tym samym czasie odkryłaś jeszcze inną kobietę. - Madre! - nie mogłaś powstrzymać zachwytu pochłaniając kolejne jej dzieła. Księgi duchowe, które przez lata stały nieczytane na twej półce, teraz jedna po drugiej otwierały się przed tobą. Wiedziałaś, o czym pisze mistyczka z Avili, rozumiałaś każde jej słowo i każdy poryw jej serca. I zazdrościłaś Teresie integralnego kobiecego piękna, które w swej osobie oddawała Stwórcy - aż wreszcie zrozumiałaś, że twoja droga do Niego była po prostu inna. To droga ludzi o zaburzonej seksualności i obolałej psychice, którzy również mają swoje miejsce w Sercu Boga.


01.11.2010


KOMENTARZE – tutaj
 


.